Listy Niewysłane. Listy z Drogi. Listy Bez Odpowiedzi.
stat4u podróże
Blog > Komentarze do wpisu

IV.

Dobry Wieczór,

Wróciłem dzisiaj później z pracy. Niby nic nadzwyczajnego, ale coś takiego zdarzyło mi się pierwszy raz od wielu lat. Zazwyczaj, jeżeli musiałem robić nadgodziny był to cały dzień, kosztem dni wolnych. Nie miało to więc nigdy specjaalnego znaczenia, ale dzisiaj zauważyłem że po tych kilku ekstra godzinach jestem zmęczony. Widocznie, co innego nastawić się psychicznie na cały dzień w pracy, niż spędzić kilka nieplanowanych godzin w firmie.

No i skończyło się „meksykańskie słońce”, wszystko wróciło do normy i niebo nad Walią pokryły chmury, z których deszcz lał się strumieniami. Kiedy obudziłem się o 4.15 już padało. Chociaż, kiedy tak dobrze się przyjrzeć to tegoroczna zima i tak należy do bardzo suchych.

Nie ma co marudzić, w Walii każda pogoda jest dobra. Żałowałem, że nie mogę ruszyć w góry. W pełnym słońcu wzgórza prezentowały się wspaniale, ciągnęło mnie do Brecon Beacons. Mogłem sobie jedynie na nie patrzeć z czwartego, ostatniego piętra firmy i powzdychać. Najgorsze jest to, że pogoda jest tutaj jednym z najbardziej nieprzewidywalnych elementów. Potrafi zmienić się kilka razy w ciągu dnia. Do wszystkiego można się jednak przyzwyczaić.

 

Sol Mexican

 

Od kilku dni leży u mnie na biurku książka „Selected Poems” Dylana Thomasa, walijskiego poety urodzonego w Swansea. Dzisiaj zajrzałem do środka i otworzyłem na tomik na wierszu „Fern Hill” - „All the sun long it was running, it was lovely, the hay/ Fields high as the house, the tunes from the chimneys, it was air/ And playing, lovely and watery/ and fire green as grass.” - Dylan Thomas „Fern Hill”. Kiedy patrzę na wzgórza, zacynam rozumieć tę poezję i zachwyt Boba Dylana. Wzgórza pokryte paprociami i wrzosami, rzeczywiście w takich okolicznościach można zapomnieć wszystko. Dosłownie. Doświadczyłem tego kiedyś, gdy wybrałem się na Sugar Loaf, dziwną górę na obrzeżach Brecon Beacons. Kiedy wchodziłem na szlak, słońce świeciło jak szalone, kiedy doszedłem do szczytu, zaczął padać deszcz, a kiedy schodziłem z góry znowu było słonecznie. Idąc przez wrzosowska w samotności miałem dziwne wrażenie, jakby ktoś mnie obserwował. Autosugestia? Całkiem możliwe, ale kiedy idzie się po terenach które od tysiącleci zamieszkiwali Celtowie, kiedy widzi się krajobrazy żywcem wyjęte z Tolkiena – niczego nie można być pewnym. Nawet stada owiec pasące się flegmatycznie przy drodze zdają się być reinkarncjami legendarnych mieszkańców. Wspinając się porośniętą paprociami drogą, czekałem tylko, kiedy przez drogę przebiegnie Elf, lub zza zakrętu wyłoni się Druid. No i prawie stało się, bo spotkałem po drodze wracający z marszobiegu oddział Gurkhów! Wyskoczyli z tych paproci, tak że o mało zawału nie dostałem. Osłupienie było obustronne, ale pierwszy raz w życiu miałem okazję zobaczyć nóz Kukri.

Chodzenie po walijskich górach może i na pewnoe jest przyjemne, nie są to góry zbyt wysokie, niemniej jednak trzeba być przygotowanym na wszelkie niespodzianki. To, że na wybrzeżu swieci słońce wcale nie oznacza, że w górach jest tak samo. Zdarzało mi się kiedyś wyjeżdżać z Newport w pełnym słońcu, a docierać na przykład do Abergavenny czy Abertillery w strugach deszczu. Rzecz jasna bywało też odwrotnie. Taka jest Walia.

 

Keep the faith,

Do następnego razu. TT

sobota, 04 marca 2017, thingtheme

Polecane wpisy